Lampioni Wielki - część pierwsza
Nie trzeba znów być naiwnym: oczywiście, że Lampioni, to nie było jego rzeczywiste nazwisko, które brzmiało w oryginale bardziej swojsko: Adam Guzdek. Tak wypisano w metryce, tak wypisano w wszystkich urzędowych księgach i aktach. Lecz człowiek, zaiste, jest tem, czem jest, a nie tem, co stoi w księgach i co wiedzą o nim po urzędach. Tak więc Guzdek był Lampionim Wielkim, a niczem innem, choćby tam nie wiem co! "Adam Guzdek", to dobre dla ludzi cudzych, nieznanych, ot, pozór, maska przyzwoitości, służąca do zewnętrznych wystąpień. Twarz prawdziwa atoli, głąb, treść wewnętrzna, krótko: cały człowiek ze swą istotną egzystencya zawierał się w nazwaniu: Lampioni Wielki. Przydomek: Wielki, to bynajmniej nie drobnostka, jakby kto mógł w nieświadomości sądzić. Owszem "Wielki" koniecznie dodać trzeba, bo inaczej i "Lampioni" będzie bez wartości. Z tem należy się zapoznać i zgodzić zaraz u wstępu, bo w przeciwnym razie całe gadanie na nic i lepiej pójść do lasu na przechadzkę, albo do łóżka spać.
I.
Był synem młynarza, starego Guzdka, który z trzech powodów czuł szczególną dumę: z murowanej stodoły, z pary doskonałych rysaków i z syna, Lampioniego W. Nie to napawało starego zadowoleniem, że syna nazwano Lampionim, lecz że właśnie Wielkim. Było w tem coś królewskiego, a Guzdek czuł, że Adaś na swój przydomek zasługiwał. Miał więcej, niż dwa metry. Przewyższał głową najroślejszych.
Lampioni aż do dwudziestego roku życia był tylko wielki. Nicby o nim innego powiedzieć się nie dało. Był wielki i koniec. No, i był dumny z tego, że jest wielki. Chodził po wsi, pokazywał się przed karczmą, przed kościołem, na wiecach oświatowych; stawał w pewnej odległości od zgromadzonych ludzi i kazał się podziwiać, jaki to on wielki. Gdy spostrzegł, że nań patrzono, okręcał się w okół siebie, by pokazać się z wszystkich stron. Odchodził z przed kościoła, karczmy lub z wiecu zawsze ostatni, gdy już zabrakło oczu, odchodził dumny. Wracał do młyna i bezczynnie kładł się gdzieś w sianie. Nigdy nic nie robił. Albo leżał, albo się pokazywał. Zresztą stary Guzdek niczego nawet od niego nie wymaga!, zadowolony, że syn jest wielki, jak nikt w okolicy. Skoro zjawił się któryś z bliższych lub dalszych sąsiadów dla interesu lub pogawędki, zaczynano zawsze od podziwiania wzrostu Adasia, o czem rodzina Guzdków mówiła najchętniej. Kiedy zaś sąsiad zabierał się do interesu, Adaś odchodził zniechęcony, kładł się gdzieś, aby patrzeć w niebo, i marzyć. Marzył zawsze o tem samem: żeby być jeszcze większy, taki jak nikt na świecie; żeby być, jak ta topola nad śluzą; żeby móc ścierką odmiatać kurz z dachu kościoła; lub żeby zbierać gruszki z drzew, pochylając się jak do krzaku malin.
Gdy nadszedł dwudziesty rok życia, sąsiedzi bliżsi i dalsi — a zwłaszcza sąsiadki — zaczęli się, gorszyć bezczynnością Adasia.
— Tyli chłop! I niczego się nie chyci.
Doszły podobne głosy do starego Guzdka. Spojrzał żałośnie na syna. Cóż robić ma ta jego bujna latorośl? Czyż to nie dość, że jest tak wielki?
— Słyszałeś, Adasiu?
— Co, tato?